Można tyle zrobić dla drugiego człowieka
13.12.2011
, aktualizacja: 13.12.2011 13:06
Henryka Krzywonos, tramwajarka. W sierpniu 1980 r. zatrzymała tramwaj, by zablokować komu- nikację miejską i w ten sposób wesprzeć strajkujących stoczniowców. W stanie wojennym dostała zakaz pobytu w Trójmieście i zakaz podejmowania pracy. Do Gdańska wróciła po kilku latach tułaczki, gdy okazało się, że jest chora na raka. "Jeśli mam umierać, to w domu" - myślała. Twierdzi, że pokonała chorobę, bo widocznie miała jeszcze coś do zrobienia. Tym czymś był rodzinny dom dziecka dla 12 dzieci i dziesiątki, a może i setki ludzi, którym pomagała i wciąż pomaga, bo - jak mówi - nie potrafi inaczej.
Z Henryką Krzywonos, członkinią kapituły naszego plebiscytu Firma Przyjazna Mamie rozmawiamy o odwadze, życiowych wyborach, lojalności i długach, które ma do spłacenia każdy z nas.
ZOBACZ TAKŻE
- Firma Przyjazna Mamie: Opiekun dzienny zamiast żłobka (12-10-11, 11:20)
- FIRMA PRZYJAZNA MAMIE - Tu chce się pracować (12-04-12, 12:01)
- Nasz kochany zwierzyniec (13-01-12, 09:56)
- Nie ma miłości bez zazdrości (20-01-12, 08:00)
- Czary - mary Goka (15-12-11, 12:37)
- Nauczmy się partnerstwa (14-11-11, 10:15)
Skąd się bierze odwagę?
Nie wiem, bo ja wcale nie jestem odważna. To, co w życiu robiłam, wynikało chyba z poczucia przyzwoitości po prostu. Są sprawy, o które się rzucam, bo czuję, że tak trzeba. Mówię to, co myślę, staram się nie kłamać i zastanawiam się tylko, czy tym, co powiem, nie zrobię komuś krzywdy. Ja sama byłam w życiu krzywdzona nie raz, nie dwa i nie trzy i wiem, co ludzie czują, kiedy spotyka ich krzywda. Wiem, że wtedy nikt nie powinien być sam.
Nie nazywa pani tego odwagą?
Nie. Odwaga jest wtedy, kiedy ratuję komuś życie, narażając własne. Albo wtedy, kiedy nie mam co dać dzieciom jeść, a oddaję pieniądze znalezione na ulicy. To jest odwaga. Ale też zwykła ludzka przyzwoitość. Całe życie myślałam, że kiedy przychodzimy na świat, mamy przed sobą dwie drogi - złą i dobrą. I cała sztuka polega na tym, żeby wybierać tę właściwą. Codziennie wybierać. W sprawach wielkich, ważnych, ale i tych najmniejszych, codziennych. Tego starałam się nauczyć swoje dzieci.
I nigdy się pani nie bała?
Oczywiście, że się bałam. Wiele razy. Kiedy moje dzieci były chore, kiedy po nocach zastanawiałam się, co z nich wyrośnie, bo wszystkie, gdy do mnie trafiały, miały chorobę sierocą i nie wiedziałam, czy dam sobie z tym radę. Teraz też się boję, bo mam zaprzyjaźnionego chłopaka, któremu staram się pomagać. On ma 23 lata i umiera na raka. To jak ja mogę się nie bać?
Mówi pani o sprawach od nas niezależnych. Ja pytam o pani decyzje. Mogła pani nie zatrzymywać tego tramwaju
Chyba nie mogłam. Czułam, że muszę, więc właściwie nie miałam wyboru. Potem było jeszcze trudniej. Pamiętam, w stoczni w czasie strajku siedziałam na schodach i przyjechała do nas dziennikarka Ewa Milewicz. Usiadła obok i mówi: "Wiesz, że wszyscy macie sankcje prokuratorskie?". Spytałam, co to znaczy, bo politycznie to ja byłam wtedy zielona jak ogórek, a ona mi mówi, że jeśli to, co tutaj robimy, się nie uda, to mogą nas wywieźć na Syberię albo postawić pod murem... To jak ja mogłam się wtedy nie bać?
Ale została pani. Dlaczego?
Bo tak było trzeba. Bo tam byli ludzie, których uważałam za przyjaciół. Proszę pomyśleć... Ja, dziewczyna bez wykształcenia, z patologicznej rodziny, trafiłam do takiej grupy, gdzie byli ludzie wyjątkowo mądrzy, prawi, często intelektualiści. Oni uważali, że to, co ja mówię, ma sens, że jest dobre i mądre. I zależało im na mnie. Pierwszy raz w życiu czułam, że komuś na mnie zależy. Bo przedtem nigdy. To, co wtedy robiłam, nie miało nic wspólnego z odwagą. Nie mogłam inaczej. To mi zresztą zostało. Właśnie dlatego i teraz czuję, że muszę być po ich stronie, że nie mogę siedzieć cicho, kiedy ktoś ich obraża. Przecież wtedy, 31 lat temu, wszyscy walczyliśmy o wolność. Cała Polska walczyła. I skoro mamy tę wolność, to powinniśmy ją uszanować. A my co? Wszyscy zgłupieliśmy, że tak skaczemy sobie do gardeł przy każdej okazji?
Może to sprawa poglądów politycznych?
Poglądy polityczne nie mają tu nic do rzeczy. Coś pani opowiem: Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych zakładałam rodzinny dom dziecka, dostaliśmy kompletnie zrujnowane mieszkanie, które musieliśmy sami wyremontować. Na szczęście mąż miał niewielki spadek po babce, ale na cały remont nie wystarczyło, bo tam trzeba było zrobić wszystko - nawet posadzki wylewaliśmy. I po tym remoncie byłam wykonawcy winna jeszcze trzydzieści tysięcy. Nie było skąd wziąć tych pieniędzy. Dzieci już mieszkały z nami, wtedy siódemka - trzeba je było ubrać, dać jeść, a formalności jeszcze nie były do końca załatwione i nie dostawaliśmy na nie żadnych pieniędzy. I wtedy Alinka Pieńkowska i pani Maria Borkowska- -Flisek bez mojej wiedzy napisały w tej sprawie do fundacji Jolanty Kwaśniewskiej. Któregoś wieczoru odebrałam telefon. Jola, dla mnie wtedy jeszcze pani prezydentowa Kwaśniewska, zadzwoniła osobiście i mówi, że chce pomóc. Ja jestem uczciwa i o tych różnicach politycznych pomyślałam, więc od razu powiedziałam, że nie głosowałam na jej męża. A ona na to: "Wie pani, dzieci nie znają się na polityce. Porozmawiajmy o dzieciach". Tym mnie ujęła. Wystarczyła ta jedna rozmowa i zaraz potem część pieniędzy, które byłam winna za remont, trafiła do wykonawcy. Kiedy pomaga się ludziom, poglądy polityczne nie mają znaczenia.
Pani też całe życie pomagała, choćby zakładając ten rodzinny dom dziecka
Kiedy mój świat już się w miarę poukładał, bo wróciłam do Gdańska, poznałam wspaniałego człowieka, który został moim mężem, zdecydowaliśmy się na adopcję. Wzięliśmy Agnieszkę i nie planowaliśmy więcej dzieci. I na- gle zmarła nasza sąsiadka. Jej syna, Jasia, miała wziąć jakaś dalsza rodzina, ale rozmyślili się, bo on był nastolatkiem, mówili, że to trudny wiek, bali się, że sobie z nim nie poradzą. Myśmy znali tego chłopca, nie mogliśmy go tak zostawić, więc wzięliśmy i jego. W wakacje pojechałam z nim w Bieszczady na wczasy z pedagogiem - to miała być taka lekcja życia dla rodzin adopcyjnych. I okazało się, że ja się z tymi dzieciakami świetnie dogadywałam. Pamiętam, tam był zbiornik przeciwpożarowy. Powiedziałam, że mam kartę ratownika, którą miałam, ale w domu. Nie było tego jak sprawdzić, ale uwierzono mi na słowo honoru i pozwolono zrobić z tego przeciwpożarowego zbiornika basen do kąpieli. Myśmy go razem z dziećmi wyszorowali i było gdzie popływać. Chodziłam też z nimi na wycieczki w góry. Pewnego dnia do tego ośrodka przyjechała pani, która z ramienia rządu opiekowała się rodzinami adopcyjnymi. I kiedy zobaczyła, że dzieciaki lgną do mnie, piszą dla mnie wierszyki, zaproponowała: "Pani Heniu, pani założy rodzinny dom dziecka". Tak się zaczęło. Nigdy nie żałowałam tej decyzji, chociaż bywało bardzo trudno. Często odbijałam się od bezduszności urzędników, ale często też trafiałam na prawdziwie dobrych ludzi, którzy pomagali za nic.
Dzieci się usamodzielniły, mogłaby już pani choć trochę odpocząć
Za dużo jest do zrobienia, żeby odpoczywać. Kiedyś spotkałam się z Janiną Ochojską. Byłam pod wrażeniem tego, jak ona działa mimo choroby. Spytałam: "Janka, po co ty to robisz?". A ona mi na to: "A po co ty?". To jest odpowiedź. Ja dużo w życiu przeszłam i wiem, że czasem wcale nie trzeba wiele. Pomóc można zawsze, nawet jeśli nie ma się pieniędzy. Trzeba być z ludźmi. Czasem coś poradzić, a czasem po prostu wysłuchać. Często narzekamy na młode pokolenie, ale czy my, starsi, zawsze jesteśmy wobec nich w porządku? Nam się wydaje, że nasza młodość była trudna, a oni mają wszystko. A to wcale nie tak. Bo co z tego, że nie stoją w kolejkach, nie czekają po 25 lat na przydział mieszkania? Teraz na mieszkania biorą kredyty, które będą spłacać do końca życia. A i to tylko ci szczęściarze, którzy mają pracę i kredyt dostaną. Za naszych czasów, jak było tak było, ale dziewczyny nie odkładały w nieskończoność decyzji o urodzeniu dziecka ze strachu, że stracą pracę. Dzisiaj młodzi stają przed zupełnie innymi wyzwaniami niż my kiedyś, ale też nie mają łatwego życia.
To dlatego zgodziła się pani zostać członkiem kapituły naszego plebiscytu?
Kiedy byłam mała, w szkole zadawali nam takie wypracowania: Jak będzie wyglądał świat w XXI wieku? Chłopcy pisali o poduszkowcach zamiast autobusów, o wycieczkach na Księżyc. A ja i moja przyjaciółka Jadwiga marzyłyśmy, że będziemy miały mężów, oczywiście najprzystojniejszych na świecie i że zatrudni nas przedsiębiorstwo, w którym będzie żłobek i przedszkole. To był nasz wymarzony świat z XXI wieku. I po 40 latach, w zeszłym roku byłam na Kongresie Kobiet. I tam jeden facet opowiadał, że ma przyzakładowe przedszkole i matka zawsze może zajrzeć do dziecka. Nie mogę zadzwonić do Jadwigi, bo już nie żyje, ale powiedziałam jej, że nasze marzenie się spełniło. Chodzi tylko o to, żeby stało się to powszechne. Nie mówię o przedszkolu przy każdym zakładzie pracy, ale jest wiele rzeczy, które każda firma może zrobić dla matek i ich dzieci. To naprawdę ani wiele nie kosztuje, ani nie jest trudne. Trzeba tylko chcieć pomóc. Dlatego popieram takie konkursy i każde takie działanie. Myślę, że sam nikt niczego w życiu nie osiągnie. To, co najważniejsze wszyscy dostajemy od innych ludzi. I powinniśmy traktować to jak dług, który trzeba spłacić.
GODZENIE MACIERZYŃSTWA Z PRACĄ ZAWODOWĄ NADAL NIE JEST PROSTE, CHOĆ WIELE ZMIENIŁO SIĘ JUŻ NA LEPSZE. MAMY USTAWĘ ŻŁOBKOWĄ I NIECO DŁUŻSZE URLOPY MACIERZYŃSKIE. ALE ŻEBY MŁODA MAMA MOGŁA REALIZOWAĆ ZAWODOWE AMBICJE, POTRZEBNE JEST WSPARCIE PRACODAWCÓW.
Już po raz siódmy ogłaszamy nasz plebiscyt. Chcemy, spośród nadesłanych przez was zgłoszeń, wyłonić i nagrodzić tych pracodawców, którzy rozumieją sytuację młodych mam i w szczególny sposób starają się ułatwić im pogodzenie kariery zawodowej z wychowywaniem dziecka. W tym roku współpracuje z nami Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan i Instytut Badawczy IPSOS, a także portal eDziecko oraz Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami. Wyboru laureatów dokona Kapituła w składzie: Sylwia Chutnik (prezeska Fundacji MaMa), prof. Irena Kotowska (demograf z SGH), Henryka Krzywonos, Anna Otffinowska (prezeska Fundacji Rodzić po Ludzku), Dorota Zawadzka (psycholożka, SuperNiania), przedstawiciel Kancelarii Prezydenta RP, przedstawiciel PKPP Lewiatan i Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami oraz przedstawiciele organizatorów. Zgłaszajcie zatem firmy, które według was zasługują na pochwałę. Niech powiększą grono Firm Przyjaznych Mamie.
JAK GŁOSOWAĆ
Formularz zgłoszenia można wypełnić, wchodząc na stronę www.firmaprzyjaznamamie.pl (tam też znajduje się regulamin plebiscytu). Zgłoszenia można również przesłać mailem na adres: przyjaznamamie@agora.pl lub listownie na adres: "Poradnik Domowy", ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa. Prosimy dopisać na kopercie "Firma Przyjazna Mamie", a w zgłoszeniu podać nazwę zgłaszanej firmy wraz z jej adresem, uzasadnieniem, a także swoimi danymi: imieniem, nazwiskiem, adresem i numerem telefonu kontaktowego. Zgłoszenia przyjmujemy do 31 grudnia 2011 r.
Anna Komorowska, Małżonka Prezydenta RP, objęła honorowy patronat nad naszą akcją.
Nie wiem, bo ja wcale nie jestem odważna. To, co w życiu robiłam, wynikało chyba z poczucia przyzwoitości po prostu. Są sprawy, o które się rzucam, bo czuję, że tak trzeba. Mówię to, co myślę, staram się nie kłamać i zastanawiam się tylko, czy tym, co powiem, nie zrobię komuś krzywdy. Ja sama byłam w życiu krzywdzona nie raz, nie dwa i nie trzy i wiem, co ludzie czują, kiedy spotyka ich krzywda. Wiem, że wtedy nikt nie powinien być sam.
Nie nazywa pani tego odwagą?
Nie. Odwaga jest wtedy, kiedy ratuję komuś życie, narażając własne. Albo wtedy, kiedy nie mam co dać dzieciom jeść, a oddaję pieniądze znalezione na ulicy. To jest odwaga. Ale też zwykła ludzka przyzwoitość. Całe życie myślałam, że kiedy przychodzimy na świat, mamy przed sobą dwie drogi - złą i dobrą. I cała sztuka polega na tym, żeby wybierać tę właściwą. Codziennie wybierać. W sprawach wielkich, ważnych, ale i tych najmniejszych, codziennych. Tego starałam się nauczyć swoje dzieci.
I nigdy się pani nie bała?
Oczywiście, że się bałam. Wiele razy. Kiedy moje dzieci były chore, kiedy po nocach zastanawiałam się, co z nich wyrośnie, bo wszystkie, gdy do mnie trafiały, miały chorobę sierocą i nie wiedziałam, czy dam sobie z tym radę. Teraz też się boję, bo mam zaprzyjaźnionego chłopaka, któremu staram się pomagać. On ma 23 lata i umiera na raka. To jak ja mogę się nie bać?
Mówi pani o sprawach od nas niezależnych. Ja pytam o pani decyzje. Mogła pani nie zatrzymywać tego tramwaju
Chyba nie mogłam. Czułam, że muszę, więc właściwie nie miałam wyboru. Potem było jeszcze trudniej. Pamiętam, w stoczni w czasie strajku siedziałam na schodach i przyjechała do nas dziennikarka Ewa Milewicz. Usiadła obok i mówi: "Wiesz, że wszyscy macie sankcje prokuratorskie?". Spytałam, co to znaczy, bo politycznie to ja byłam wtedy zielona jak ogórek, a ona mi mówi, że jeśli to, co tutaj robimy, się nie uda, to mogą nas wywieźć na Syberię albo postawić pod murem... To jak ja mogłam się wtedy nie bać?
Ale została pani. Dlaczego?
Bo tak było trzeba. Bo tam byli ludzie, których uważałam za przyjaciół. Proszę pomyśleć... Ja, dziewczyna bez wykształcenia, z patologicznej rodziny, trafiłam do takiej grupy, gdzie byli ludzie wyjątkowo mądrzy, prawi, często intelektualiści. Oni uważali, że to, co ja mówię, ma sens, że jest dobre i mądre. I zależało im na mnie. Pierwszy raz w życiu czułam, że komuś na mnie zależy. Bo przedtem nigdy. To, co wtedy robiłam, nie miało nic wspólnego z odwagą. Nie mogłam inaczej. To mi zresztą zostało. Właśnie dlatego i teraz czuję, że muszę być po ich stronie, że nie mogę siedzieć cicho, kiedy ktoś ich obraża. Przecież wtedy, 31 lat temu, wszyscy walczyliśmy o wolność. Cała Polska walczyła. I skoro mamy tę wolność, to powinniśmy ją uszanować. A my co? Wszyscy zgłupieliśmy, że tak skaczemy sobie do gardeł przy każdej okazji?
Może to sprawa poglądów politycznych?
Poglądy polityczne nie mają tu nic do rzeczy. Coś pani opowiem: Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych zakładałam rodzinny dom dziecka, dostaliśmy kompletnie zrujnowane mieszkanie, które musieliśmy sami wyremontować. Na szczęście mąż miał niewielki spadek po babce, ale na cały remont nie wystarczyło, bo tam trzeba było zrobić wszystko - nawet posadzki wylewaliśmy. I po tym remoncie byłam wykonawcy winna jeszcze trzydzieści tysięcy. Nie było skąd wziąć tych pieniędzy. Dzieci już mieszkały z nami, wtedy siódemka - trzeba je było ubrać, dać jeść, a formalności jeszcze nie były do końca załatwione i nie dostawaliśmy na nie żadnych pieniędzy. I wtedy Alinka Pieńkowska i pani Maria Borkowska- -Flisek bez mojej wiedzy napisały w tej sprawie do fundacji Jolanty Kwaśniewskiej. Któregoś wieczoru odebrałam telefon. Jola, dla mnie wtedy jeszcze pani prezydentowa Kwaśniewska, zadzwoniła osobiście i mówi, że chce pomóc. Ja jestem uczciwa i o tych różnicach politycznych pomyślałam, więc od razu powiedziałam, że nie głosowałam na jej męża. A ona na to: "Wie pani, dzieci nie znają się na polityce. Porozmawiajmy o dzieciach". Tym mnie ujęła. Wystarczyła ta jedna rozmowa i zaraz potem część pieniędzy, które byłam winna za remont, trafiła do wykonawcy. Kiedy pomaga się ludziom, poglądy polityczne nie mają znaczenia.
Pani też całe życie pomagała, choćby zakładając ten rodzinny dom dziecka
Kiedy mój świat już się w miarę poukładał, bo wróciłam do Gdańska, poznałam wspaniałego człowieka, który został moim mężem, zdecydowaliśmy się na adopcję. Wzięliśmy Agnieszkę i nie planowaliśmy więcej dzieci. I na- gle zmarła nasza sąsiadka. Jej syna, Jasia, miała wziąć jakaś dalsza rodzina, ale rozmyślili się, bo on był nastolatkiem, mówili, że to trudny wiek, bali się, że sobie z nim nie poradzą. Myśmy znali tego chłopca, nie mogliśmy go tak zostawić, więc wzięliśmy i jego. W wakacje pojechałam z nim w Bieszczady na wczasy z pedagogiem - to miała być taka lekcja życia dla rodzin adopcyjnych. I okazało się, że ja się z tymi dzieciakami świetnie dogadywałam. Pamiętam, tam był zbiornik przeciwpożarowy. Powiedziałam, że mam kartę ratownika, którą miałam, ale w domu. Nie było tego jak sprawdzić, ale uwierzono mi na słowo honoru i pozwolono zrobić z tego przeciwpożarowego zbiornika basen do kąpieli. Myśmy go razem z dziećmi wyszorowali i było gdzie popływać. Chodziłam też z nimi na wycieczki w góry. Pewnego dnia do tego ośrodka przyjechała pani, która z ramienia rządu opiekowała się rodzinami adopcyjnymi. I kiedy zobaczyła, że dzieciaki lgną do mnie, piszą dla mnie wierszyki, zaproponowała: "Pani Heniu, pani założy rodzinny dom dziecka". Tak się zaczęło. Nigdy nie żałowałam tej decyzji, chociaż bywało bardzo trudno. Często odbijałam się od bezduszności urzędników, ale często też trafiałam na prawdziwie dobrych ludzi, którzy pomagali za nic.
Dzieci się usamodzielniły, mogłaby już pani choć trochę odpocząć
Za dużo jest do zrobienia, żeby odpoczywać. Kiedyś spotkałam się z Janiną Ochojską. Byłam pod wrażeniem tego, jak ona działa mimo choroby. Spytałam: "Janka, po co ty to robisz?". A ona mi na to: "A po co ty?". To jest odpowiedź. Ja dużo w życiu przeszłam i wiem, że czasem wcale nie trzeba wiele. Pomóc można zawsze, nawet jeśli nie ma się pieniędzy. Trzeba być z ludźmi. Czasem coś poradzić, a czasem po prostu wysłuchać. Często narzekamy na młode pokolenie, ale czy my, starsi, zawsze jesteśmy wobec nich w porządku? Nam się wydaje, że nasza młodość była trudna, a oni mają wszystko. A to wcale nie tak. Bo co z tego, że nie stoją w kolejkach, nie czekają po 25 lat na przydział mieszkania? Teraz na mieszkania biorą kredyty, które będą spłacać do końca życia. A i to tylko ci szczęściarze, którzy mają pracę i kredyt dostaną. Za naszych czasów, jak było tak było, ale dziewczyny nie odkładały w nieskończoność decyzji o urodzeniu dziecka ze strachu, że stracą pracę. Dzisiaj młodzi stają przed zupełnie innymi wyzwaniami niż my kiedyś, ale też nie mają łatwego życia.
To dlatego zgodziła się pani zostać członkiem kapituły naszego plebiscytu?
Kiedy byłam mała, w szkole zadawali nam takie wypracowania: Jak będzie wyglądał świat w XXI wieku? Chłopcy pisali o poduszkowcach zamiast autobusów, o wycieczkach na Księżyc. A ja i moja przyjaciółka Jadwiga marzyłyśmy, że będziemy miały mężów, oczywiście najprzystojniejszych na świecie i że zatrudni nas przedsiębiorstwo, w którym będzie żłobek i przedszkole. To był nasz wymarzony świat z XXI wieku. I po 40 latach, w zeszłym roku byłam na Kongresie Kobiet. I tam jeden facet opowiadał, że ma przyzakładowe przedszkole i matka zawsze może zajrzeć do dziecka. Nie mogę zadzwonić do Jadwigi, bo już nie żyje, ale powiedziałam jej, że nasze marzenie się spełniło. Chodzi tylko o to, żeby stało się to powszechne. Nie mówię o przedszkolu przy każdym zakładzie pracy, ale jest wiele rzeczy, które każda firma może zrobić dla matek i ich dzieci. To naprawdę ani wiele nie kosztuje, ani nie jest trudne. Trzeba tylko chcieć pomóc. Dlatego popieram takie konkursy i każde takie działanie. Myślę, że sam nikt niczego w życiu nie osiągnie. To, co najważniejsze wszyscy dostajemy od innych ludzi. I powinniśmy traktować to jak dług, który trzeba spłacić.
GODZENIE MACIERZYŃSTWA Z PRACĄ ZAWODOWĄ NADAL NIE JEST PROSTE, CHOĆ WIELE ZMIENIŁO SIĘ JUŻ NA LEPSZE. MAMY USTAWĘ ŻŁOBKOWĄ I NIECO DŁUŻSZE URLOPY MACIERZYŃSKIE. ALE ŻEBY MŁODA MAMA MOGŁA REALIZOWAĆ ZAWODOWE AMBICJE, POTRZEBNE JEST WSPARCIE PRACODAWCÓW.
Już po raz siódmy ogłaszamy nasz plebiscyt. Chcemy, spośród nadesłanych przez was zgłoszeń, wyłonić i nagrodzić tych pracodawców, którzy rozumieją sytuację młodych mam i w szczególny sposób starają się ułatwić im pogodzenie kariery zawodowej z wychowywaniem dziecka. W tym roku współpracuje z nami Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan i Instytut Badawczy IPSOS, a także portal eDziecko oraz Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami. Wyboru laureatów dokona Kapituła w składzie: Sylwia Chutnik (prezeska Fundacji MaMa), prof. Irena Kotowska (demograf z SGH), Henryka Krzywonos, Anna Otffinowska (prezeska Fundacji Rodzić po Ludzku), Dorota Zawadzka (psycholożka, SuperNiania), przedstawiciel Kancelarii Prezydenta RP, przedstawiciel PKPP Lewiatan i Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami oraz przedstawiciele organizatorów. Zgłaszajcie zatem firmy, które według was zasługują na pochwałę. Niech powiększą grono Firm Przyjaznych Mamie.
JAK GŁOSOWAĆ
Formularz zgłoszenia można wypełnić, wchodząc na stronę www.firmaprzyjaznamamie.pl (tam też znajduje się regulamin plebiscytu). Zgłoszenia można również przesłać mailem na adres: przyjaznamamie@agora.pl lub listownie na adres: "Poradnik Domowy", ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa. Prosimy dopisać na kopercie "Firma Przyjazna Mamie", a w zgłoszeniu podać nazwę zgłaszanej firmy wraz z jej adresem, uzasadnieniem, a także swoimi danymi: imieniem, nazwiskiem, adresem i numerem telefonu kontaktowego. Zgłoszenia przyjmujemy do 31 grudnia 2011 r.
Anna Komorowska, Małżonka Prezydenta RP, objęła honorowy patronat nad naszą akcją.











